Lot
Lot był bardzo spokojny. I wcale nie taki długi. Kiedy wysiedliśmy na lotnisku na miejscu nie mogłam uwierzyć, że jeszcze kilka godzin temu był śnieg, zima, mróz i w ogóle. W głowie mi się to za bardzo nie mieściło. Marcin się do mnie czule uśmiechnął. Aniołku tak się strasznie cieszę, że jesteśmy wreszcie sami. Nie ma tutaj nikogo kogo znamy. Wreszcie będziesz tylko dla mnie. Wtuliłam się w niego i jedyne co byłam w stanie powiedzieć to dziękuję. Dla mnie to była w ogóle największa niespodzianka, jaką mógł mi zrobić. Usłyszałam od niego, że mam się oczywiście pilnować i dać mu łapkę, bo jak zginę to on się zapłacze. Rozśmieszył mnie na samym początku. Czułam, ze spędzimy tutaj cudowne chwile. A co ważniejsze, ze nikt nie będzie nam w tym przeszkadzał. No, może prawie nikt. Bo przyczepiła się do nas niejaka Wioletka. O zgrozo. Sam jej wygląd mnie denerwował. Ona była po prostu nieziemska. Przyczepiła się, może nie tyle do nas, co do mojego, podkreślam mojego Marcina. Po prostu czułam, że mamy ją na cały wyjazd.
hotel konferencje | malowanie dachów kraków |